Karmimy uchodźców na greckiej wyspie Lesbos

Podaruj posiłek

Razem z Nikosem i Kateriną tworzymy bezpieczne miejsce na wyspie Lesbos dla tych, którzy uciekają przed wojnami i klęskami humanitarnymi. Chcemy by w końcu poczuli się jak w domu. Osieroconym dzieciom i młodzieży będziemy dostarczali do obozu ciepłe posiłki.

czytaj więcej

Mamy już:
10 789 zł
Potrzebujemy:
60 000 zł
Grecja

Pomoc dla uchodźców na greckiej wyspie Lesbos

Grecja

W 2015 przez greckie wyspy przeszło 856 tys. osób, a w 2017 już tylko niecałe 30 tys. (według UNHCR). Dziś łódek przypływających na greckie plaże znów przybywa a praktyka pokazuje, że na Lesbos można utknąć na dobre kilka lat. Nikos i Katerina prowadzą na wyspie małą restaurację, w której każdy uchodźca może poczuć się jak w domu i za darmo zjeść posiłek.

W obozie Moria na greckiej wyspie Lesbos jest teraz ok

12 000

uchodźców

600

to osierocone dzieci i młodzież
Od początku 2015 roku przez greckie wyspy dotarło do Europy prawie

1 000 000

uchodźców
Dajemy pracę
Karmimy
Uczymy

Z tureckiego wybrzeża w okolicach miejscowości Ayvalik doskonale widać Lesbos, trzecią co do wielkości grecką wyspę. Przy dobrej widoczności jest na wyciągnięcie ręki. Ten fragment morza stał się ostatnim etapem do pokonania w drodze do Europy dla tysięcy prześladowanych mieszkańców Syrii, Afganistanu, Iraku i pogrążonych w kryzysie humanitarnym krajów Afryki Subsaharyjskiej.

Niokos Katsouris wraz z żoną Katerine od lat prowadził na wyspie małą restauracyjkę. Pyszna grecka kuchnia przyciągała turystów i mieszkańców wyspy. W 2015 roku z potrzeby serca postanowili poświecić się jednak pomocy uchodźcom. Dawną restaurację przemianowali w Home for All, czyli Dom dla Wszystkich. Wciąż gotują. Na darmowy posiłek może tu liczyć każdy uchodźca. Dwa razy dziennie dwoma busami przywożą do Home for All grupy z Morii, największego na wyspie obozu dla uchodźców. Mogą tu zjeść, odpocząć, pograć w planszówki, wziąć udział w organizowanych kursach gotowania, na chwilę poczuć się jak w domu, u siebie. Nikos i Katerina są obecnie jedynymi na wyspie Grekami prowadzącymi działalność charytatywną dla uchodźców.

— Pewnego popołudnia na początku 2014 roku wszystko na wyspie się zmieniło — wspomina Nikos. — Łódki i pontony przybijały do brzegu co kilkadziesiąt minut. Mijając grupę zziębniętych i wycieńczonych uchodźców musiałem zareagować — mówi. Pieniądze ze sprzedanych ryb, bo oprócz restauracji Nikos prowadzi również mały sklepik rybny, wydał na ciepłe koce i ubrania, które od razu rozdał potrzebującym. Po powrocie do domu zrelacjonował żonie, co dzieje się na wybrzeżu. Katerina od razu zabrała się za gotowanie. Późnym wieczorem wrócili tam we dwoje z kilkudziesięcioma gorącymi posiłkami. — Głęboko wierzymy, że każdy ma takie same prawo nie być głodnym i mieć miejsce, w którym czuje się bezpiecznie. Każdy go potrzebuje, bez względu na narodowość i status uchodźcy. Nasza filozofia jest prosta: karmimy ludzi, nie tylko podając posiłek, ale nasycając ich potrzeby bycia częścią wspólnoty, pokazując przyszłość, w której mogą mieć wspaniałe i znaczące miejsce – mówi Katerina.

Według danych UNHCR tylko w 2015 roku przez greckie wyspy przeszło 856 tysięcy osób. Media nazwały całą sytuację „kryzysem uchodźczym”. Po dwóch latach doszło do porozumienia Unii z Turcją. W 2017 roku na łódki wsiadło już tylko niecałe 30 tysięcy ludzi. Z perspektywy ludzi żyjących na wyspie niewiele się jednak zmieniło. Teoretycznie czas rejestracji i oczekiwania na dokumenty azylowe to 4-6 miesięcy, ale praktyka pokazuje, że na Lesbos można utknąć na dobre kilka lat.

Nikos dzieli potrzeby uchodźców na dwie kategorie. Pierwsza związana jest z ich podstawowymi potrzebami: zaspokojeniem głodu, dostarczeniem ubrań i śpiworów, kiedy wycieńczeni wysiadają z łódek. Na tę odpowiada natychmiast, przygotowując dziennie kilkaset posiłków. Część z nich wolontariusze dostarczają do chorych i wymagających specjalnej diety w obozie, część jest serwowana czterem grupom uchodźców, które codziennie odwiedzają Home for All. Druga potrzeba to pomoc w samorozwoju, zdobywaniu kwalifikacji, bo sama decyzja o przyznaniu azylu nie rozwiąże wszystkich problemów tych ludzi. Brak znajomości języka, bezrobocie, będą im towarzyszyły nadal. Katerina marzy, by w restauracyjnej kuchni stworzyć 30-osobowy zespół pomocników kuchennych spośród młodzieży z obozu w Morii. Będą uczyli się od niej pracy w zespole i wykonywania podstawowych zadań. Już kilku uczniów wyszło spod skrzydeł Nikosa i Kateriny. Dziś pracują w hotelowych kuchniach na wyspie i urządzają sobie nowe życie. — Kiedyś w końcu wszystkie organizacje wyjadą, my jesteśmy stąd, więc zostaniemy tu z tymi ludźmi. W naszym interesie jest, by stworzyli z nami wspólnotę, pomogli odbudowywać nadszarpniętą gospodarkę wyspy opartą jeszcze kilka lat temu głównie na turystyce. — To są wspaniali ludzie. Chcą się uczyć. Jasne, że nie każdy z nich trafi kiedyś do kuchni i tam się będzie chciał spełniać, ale praca w takich miejscach uczy dyscypliny, działania zespołowego. Dla wielu to początek spełniania marzeń o nauce w Europie.

Od kilku tygodniu sytuacja na wyspie bardzo się zmienia. Łódek płynących z Turcji znów jest więcej, nawet kilka dziennie. — To przypomina falę największej migracji z 2015 roku. Na każdej łódce przypływa 60-80 osób. Obóz w Morii przygotowany na 2500 osób od dawna cierpiał z powodu przeludnienia. W połowie lutego mieszkało tam około 4500, dziś już ponad 12 tysięcy. Mieszka tam ponad 600 osób niepełnoletnich. To dzieci, których rodzice nie przeżyli wielotygodniowej wędrówki lub takie, których rodziny z powodu braku środków zdecydowały się na samotną podróż ich dzieci do Europy. By dostać się na Lesbos z Afganistanu trzeba mieć 4-5 tysięcy euro, z Nepalu nawet dziesięć. Dla wielu to jedyna szansa i inwestycja całego majątku, jaki w życiu posiadali.

Po spotkaniu z Nikosem i Kateriną wiemy już na pewno, że chcemy razem z nimi postawić kolejną fabrykę dobra właśnie na Lesbos. Operatorami naszej pomocy będzie Nikos i Katerina, bo jako miejscowi mają najlepsze rozeznanie, czego potrzeba najbardziej.

Kiedyś, gdy ich restauracyjny biznes kwitł, byli w stanie przygotować po kilkaset posiłków dziennie. Dziś mogliby wykarmić jeszcze większą liczbę głodnych, gdyby tylko mieli na to fundusze. Wszytko policzyliśmy. Przygotowanie jednego ciepłego posiłku wraz z kosztem utrzymania kuchni i dostarczenia żywności do obozu wyniosłoby 3,5 euro. Nie jesteśmy w stanie od razu nakarmić wszystkich, ale zdecydowaliśmy, że z Waszych piątek będziemy przygotowywali 150 pożywnych posiłków dziennie dla osieroconych dzieciaków. Ruszamy ze zbiórką. W naszym dobroczynnym24 już czeka wart 15 złotych posiłek dla uchodźcy z obozu w Morii. Ci ludzie na co dzień borykają się z ogromnymi problemami, ale nie sposób ich rozwiązać, jeśli najpierw nie zaspokoją głodu. Każdy wykupiony przez Was posiłek zwiększy nasze możliwości. Marzeniem byłoby oczywiście dostarczanie posiłku codziennie do wszystkich 600 osieroconych dzieci i nastolatków w obozie w Morii.