— Namaluj mi na ścianie lwy.
— Tańszymi farbami czy droższymi? Mają być wolne czy na łańcuchach, w niewoli?
— Kup tańsze farby, a lwy niech będą wolne.
Skala Sykountos to tak naprawdę jeden zakręt. Szczere pole, nagle ciasny przesmyk między zabudowaniami, jeden zakręt, fabryka brykietów z pestek oliwnych i koniec. Przejeżdżam przez tę wioskę na jednym oddechu. Tata Nikosa ma tu sklep rybny. Żeby wylądować przed ladą, wystarczy nie wejść w ten jeden zakręt. Jest w samym jej centrum, na zewnętrznej krawędzi wirażu. Obok stoi budynek wyglądający jak trup. Zgon wywołał kryzys ekonomiczny. Sine oczodoły okiennic, wyryte pęknięciami w murze zmarszczki i zapadnięty jak szczęka nieboszczyka próg. Szara kamienna twarz. Stoi na zakręcie jak przydrożny krzyż dla przestrogi. Kiedyś grała w nim grecka muzyka, a o posadzkę tłukło się szklanki po ouzo. Nikos był szefem, Katerina jego kelnerką. Później tawernę przenieśli za piekarnię. Zaraz tam dojdziemy.
Wewnętrzną krawędź zakrętu wyznacza róg piekarni. Wystarczy przebiec przez drogę. Trzeba biec, bo samochody wypadają zza muru, warczą i bronią asfaltu jak Cerber Styksu. Nie wiadomo, co było pierwsze, zakręt czy piekarnia, ale właściciele terenu musieli walczyć o każdy centymetr. Aż się prosi, by przywalić zderzakiem w mur, kiedy zza winkla wyskakuje drugi pojazd.
W środku narożnego budynku mieści się świątynia baklaw, oblewanych miodem, jak w baroku oblewało się złotem kaplice. Kustoszem sanktuarium chleba i słodkości jest się tu z dziada pradziada, o czym zaświadcza czarno-biała fotografia na ścianie piekarni. Obecna właścicielka ma na niej kilka lat. Nad nią mama i tata. Fotografia królewskiej rodziny. Pozowana, dumna i wypłowiała. Dawne fotografie miały tę jedną wspólną cechę. W obiektyw patrzyło się z szacunkiem i przerażeniem jednocześnie. Dziś aparatów fotograficznych jest na świecie więcej niż ludzi. W zdjęciach nie ma już tyle dostojeństwa. Ma się względem nich wyłącznie oczekiwania.
Za piekarnią, w małej rybackiej przystani, kołyszą się do taktu niesłyszalnych szant wysłużone rybackie łodzie. Widać, że bardziej znają się na łowieniu niż na choreografii. Fale wprawiają je w ruch, ale w żaden sposób nie potrafią wymusić na nich synchronizacji. Dalej, nad betonowym nadbrzeżem, była tawerna, a później kuchnia Home for All. To tu Katerina gotowała posiłki pierwszym przybyszom. Wtedy nie wiedziała o nich nic, poza tym, że byli mokrzy, głodni i przerażeni. Dziś wie o nich więcej niż wszystkie europejskie urzędy do spraw migracji. Kuchnia tętniła życiem. W gorące dni, by się schłodzić, skakało się z nabrzeża do zatoczki, wybiegając prosto z piekła kuchennych oparów. Dziś to wspomnienie ciepłe i bolesne zarazem. Jak wspomnienie rodzinnego domu, który nigdy już nie będzie tak samo pachniał drożdżowym ciastem i dawał tyle ciepła, ile zachowały wspomnienia z dzieciństwa. Katerina z Nikosem przenieśli kuchnię w inne miejsce, bo zabijał ich czynsz. Dziś to kolejny rozkładający się betonowy trup. Przeszkoda na zakręcie. Za starą kuchnią wioska się kończy. To wszystko.
Po przeciwnej stronie zakrętu jest jeszcze fabryka. Między nią a sklepem rybnym stoją dwa budynki. Opustoszałe, bez okien ani wnętrzności. Nie straszą. Przypominają bardziej śmierć na chorągwi niż prawdziwego trupa. Tu też była tawerna. Na przełomie lat 20. i 30. XX wieku przychodził do niej Theophilos. Biedak i artysta, jak nasz rodzimy krynicki Nikifor. Jego dzieła doceniono dopiero po śmierci, bo tak świat ćwiczy artystów. Kiedy w paryskim Luwrze, na widok namalowanych przez niego obrazów, koneserzy sztuki podtrzymywali sobie podbródki, pomrukując z zachwytu, nie żył już od 27 lat. Nie malował dla pieniędzy ani sławy. Nie marzył o Luwrze. Błagał o litość, kanapkę lub ciepły posiłek. Mieszkał w konarze drzewa w Varei. Dziesięć minut drogi stąd.
Theophilos lubił bywać w tawernie na zakręcie. Nikt go nie wyganiał, nie mierzył w niego palcem. Właściciel dawał mu zjeść, a w zamian za to Theophilos wymalował mu ściany greckim folklorem. Jadł i miał się dobrze. Na noc wracał do swojego drzewa. Kiedy umarł, do Skala Sykountos przyjechali znawcy sztuki i zabytków. Weszli do tawerny na zakręcie i w imię ochrony dziedzictwa narodowego skuli tynki i zawieźli je do muzeum.
„Namaluj mi na ścianie lwy”. Theophilos dostał zadanie i wytyczne. Ustalił budżet i oczekiwania. Wykonał zadanie i odebrał zapłatę. Po jakimś czasie jednak dostał reklamację. Malowidło spłynęło, a lwy zniknęły. Kiedy zleceniodawca skończył wymachiwać rękami ze złości, Theophilos przypomniał mu pierwszą rozmowę.
— Wybrałeś tańsze farby, więc nie dziw się, że po obrazie nie ma już śladu. Pytałem też o lwy. Miały być wolne, więc z wolności skorzystały i sobie poszły.
Skala Sykountos karmiła Theophilosa, ale przez ostatnie lata wykarmiła też setki tysięcy uchodźców. To tu Katerina z Nikosem rzucili całą swoją przeszłość, by pomóc uchodźcom zobaczyć przyszłość. Dziś prowadzą ogród warzywny i wytwórnię oliwy z oliwek. To społeczne projekty, które integrują Greków i tych, którzy azyl na wyspie już dostali. Warzywami wciąż karmią najsłabszych mieszkańców obozu na wyspie. Z oliwek wyciskają płynne złoto, które zdobywa medale na międzynarodowych konkursach i serca ludzi w wielu europejskich krajach. Oliwa Nika. Tak ją zwą.