Ali mieszka w szkole. Zasypia pod tablicą lekcyjną, je z rodziną posiłki przy szkolnej ławce, na szkolnym dziedzińcu sam kopie piłkę. I nic to nie zmienia, bo Ali wciąż bardzo tęskni za szkołą. Rok szkolny formalnie się zakończył. Semestr zaliczony na podstawie wcześniejszych ocen. Tyle że to nie była nauka. Papierowy zamiennik lekcji, które się nie odbyły. Tych czasem nudnych, czasem ciekawych. Rozmów z kolegami, żartów, zajęć i przerw.
— Tęsknisz za szkołą?
— Tak, ale za kolegami jeszcze bardziej.
— Wiesz, gdzie są?
— Rozmawiamy prawie codziennie. Każdy z nich jest gdzie indziej. W Dżbejl, część w okolicach Sydonu. Są bezpieczni, ale nie możemy się spotkać.
Przed wojną Ali grał w piłkę. Był obrońcą. Teraz czasem kopie piłkę przy schronisku, ale piłka to gra zespołowa. Odbijanie piłki od ściany w niczym nie przypomina szybkich podań w defensywie i meczowej atmosfery. Raczej budzi tęsknotę.
Na wojnie świat dziecka znika wraz ze szkołą i boiskiem.
— Tu jest za dużo czekania. I nie wiem, na co. Już ponad 100 dni przymusowych wakacji. Wcale ich nie chciałem — mówi Ali.
Czekanie na wiadomość. Czekanie na decyzję. Czekanie na koniec nalotów. Czekanie na lekarza. Czekanie na powrót. Czekanie na wszystko, bo wojna w żaden sposób od nich nie zależy.
Ali przeszedł leczenie zębów. Dziękuje ludziom z Dobrej Fabryki, którzy pomogli zebrać pieniądze. Mówi, że została mu jeszcze jedna wizyta. Przynajmniej jeden rozwiązany problem.
— Co byś zrobił, gdybyś mógł teraz wrócić do domu?
— Po prostu usiadłbym przed domem i patrzył przed siebie.
Tyle. Nic więcej. Marzenie o powrocie do domu jest dziś najważniejsze. Nic nie jest w stanie sprawić, by był bardziej szczęśliwy. Chce do domu. Pełnia szczęścia dziesięciolatka.
Ali kończy zdanie i milknie. Wspomnienia przestały się zakradać. Ruszyły szturmem. Wie, że jego domu pewnie już nie ma, bo na to kazali mu się przygotować rodzice. Wie, że zabawki, książki i ulubiony kąt najprawdopodobniej przykryły kurz i gruz. Milczy, patrzy przed siebie i z wysiłkiem murarza odbudowuje ze wspomnień ukochany dom.
— Wasz dom jest zniszczony?
— To będzie niespodzianka — uśmiecha się dwuznacznie, po równo dzieląc szanse między smutkiem i radością.
Ali ożywia się, kiedy zaczynamy rozmawiać o południowym Libanie.
— Kana. Sydon. Sur. Nakura. Południe. Morze. Plaże. Żółwie. Delfiny. Kraby. Skały. Kuchnia — wylicza, jak imiona najlepszych piłkarzy. — Przyjedź do nas po wojnie.
Będzie wielka impreza. Będzie libańskie jedzenie. Hummus. Tabbouleh. Lahm meshwi. Południe jest najpiękniejsze. Ludzie, ziemia, jedzenie, wszystko. Powietrze tam jest inne. Napij się wody tutaj i napij się wody na południu. Na południu smakuje lepiej. Zobaczysz. Nawet jeśli to już tylko same gruzy, tam wciąż jest mój dom — mówi Ali.
— A co zrobisz później, jak już posiedzisz przed domem i się nim nacieszysz?
— Pobiegnę na plażę i wskoczę do wody. Uwielbiam pływać. Nauczyli mnie wujkowie. Wrzucali mnie do wody i kazali wracać do brzegu. Ale to była zabawa.
Ali chce jeszcze w życiu spróbować wielu rzeczy. Chce skakać z wysokości. Chce spróbować bungee i skydivingu. Chce surfować. Lubi oceany i góry. Lubi wszystko, czego inni się boją.
W przyszłości chce być lekarzem, choć jeszcze nie wie jakim. Raz okulistą, raz chirurgiem, raz pediatrą. Specjalizację zmienia co miesiąc. Mama jest anestezjolożką i jego prywatną bohaterką.
— Mama zawsze powtarza mi, że jeśli ludzie nie będą we mnie wierzyli, to trzeba robić wszystko, żeby udowodnić im, że się mylą.
W schronisku czasem zapominają o wojnie. Zaczepia braci. Robią domowe zapasy. Tarzają się po szkolnych materacach, które służą im do spania. Biegają za sobą i się śmieją.
— Mama czasem włącza się do zabawy. Wtedy przez chwilę czuję się jak w domu.
Śmiech Alego nie jest dowodem na to, że wszystko jest dobrze. Jest źle. Używa go jak tarczy. Śmiech jest jedynym sposobem, żeby ciemność nie zajęła całego miejsca.
— Jeśli nie będziesz się śmiał, wszystko pójdzie źle. Jeśli nie patrzysz na jasne rzeczy, zawsze będziesz w ciemności. Mam taką zasadę w głowie, by zawsze być szczęśliwy, cokolwiek się stanie.