W Północnym Kivu nieszczęścia nie chodzą parami. One uderzają seriami. Moise przekonał się o tym w najgorszy możliwy sposób.
Zaczęło się od jednego ukłucia. Pechowy komar, później malaria, obezwładniająca gorączka. Gdy dziecięcy organizm przestał walczyć z temperaturą, przyszły konwulsje. Moise upadł, a jego drobne ramię trafiło prosto w żar domowego paleniska.
W sercu kongijskiej dżungli nasz szpital w Ntamugendze jest jak wyspa dobra – jedyne „szczęście w nieszczęściu”, jakie mogło go spotkać. Krzyk poparzonego dziecka, niesionego przez przerażonego rodzica, mrozi krew w żyłach nawet u lekarzy, którzy widzieli i słyszeli już wszystko. Do cierpienia dziecka nie da się przywyknąć.
Najpierw znieczulenie. Twarz Moise’a rozluźnia się, kiedy chłopiec powierza swój oddech opiece anestezjologa. Chirurg ocenia skalę poparzeń. Przed nim długa walka: czyszczenie ran, precyzyjne szycie, ratowanie każdego milimetra tkanki. Wygraliśmy. Lekarze ocalili rękę bez konieczności przeszczepu skóry.
Nasz szpital w Ntamugendze zna setki takich historii. Jeden zły dzień wystarczy, żeby dziecko nie dożyło następnego. Na liście zagrożeń malaria sąsiaduje z zabłąkaną kulą, a wbity w stopę patyk bywa tak samo groźny jak porzucony w polu pocisk. Wymieniamy te rzeczy jednym tchem, bo w Północnym Kivu są one tragicznie równoważne. Nigdy nie wiesz, co przyniesie kolejny los na loterii, w której śmierć z powodu choroby jest równie prawdopodobna, co śmierć na froncie, którego nawet nie chcesz być częścią.
Dzieci takich jak Moise jest w naszym szpitalu zawsze za dużo. I prawie każde z nich potrzebuje czegoś bardzo podstawowego: kroplówki.
Dziesięć złotych – tyle kosztuje jedna kroplówka, która uzupełnia elektrolity, łagodzi ból, odżywia wyniszczone ciało i daje mu siłę, żeby podjęło walkę. To najprostszy zabieg medyczny ratujący ludzkie życie. I jeden z tych, których potrzebujemy teraz najbardziej. Pomóżcie nam odbudować zapas kroplówek dla naszych pacjentów!