– Jesteście kochani, że o mnie pamiętacie – wzruszenie dusi Rogera. Każde kolejne słowo nasączone jest już łzami. Mokrą mieszanką wdzięczności i strachu. – Dobra Fabryko, dzięki Wam nie jestem sam. Strasznie walą. Wybuchy rozsadzają uszy, ale mam się dobrze. W naszej dzielnicy, póki co, jest bezpiecznie.
Nasz podopieczny mieszka u swojego przyjaciela w Bejrucie, w dzielnicy Jal El Dib, która do tej pory nie znalazła się na celowniku izraelskiej armii, ale pod oknami Rogera rozgrywają się właśnie dramatyczne sceny. Tysiące mieszkańców sąsiedniego dystryktu opuszczają w pośpiechu swoje domy. W telefonie, prócz łamiącego się głosu mężczyzny, słychać klaksony i okrzyki spanikowanych Libańczyków szukających drogi ucieczki z miasta.
Roger i Liban są jak bracia. Łączy ich wiele wciąż krwawiących ran z przeszłości, powalają na kolana wciąż te same ciosy. Ostatnie dni osłabiły nie tylko sytuację Libanu, ale też szanse w bitwie, jaką Roger wytoczył chorobie nowotworowej.
– W Libanie nie ma już pana leków onkologicznych – usłyszał w szpitalu.
Lekarz z bezradnością wzruszył ramionami i usiłował jeszcze powiedzieć coś na pocieszenie, ale Roger nic już nie słyszał. Jego uszy zareagowały na poprzednie zdanie jak na silną eksplozję. Mimowolnie potrząsał głową, próbując ocucić się z szoku i pozbyć pisku rozsadzającego głowę.
– Brak leków… ale jak długo? Kiedy mam przyjść? – Roger nie wiedział, jak i o co pytać.
– Nie wiemy. Sytuacja zmienia się z godziny na godzinę. Nic więcej nie jestem w stanie zrobić.
Podczas gdy tysiące mieszkańców uciekają z dzielnic Bejrutu, które izraelska armia grozi zrównać z ziemią na wzór miast w Gazie, w budynkach, na wysokich piętrach pozostają starzy, schorowani ludzie, którym nie ma kto pomóc. Oni nigdzie nie uciekną, bo nie da się uciec przed nieleczoną chorobą.