Wyobraź sobie straż pożarną, która przyjeżdża dopiero wtedy, gdy z domu zostało pogorzelisko. Tak przez dziesięciolecia działała światowa pomoc humanitarna. Bogate państwa przekazywały pieniądze. Organizacje humanitarne kupowały żywność, leki i namioty. Wysyłały je tam, gdzie wybuchała wojna albo dochodziło do katastrofy. O tym, dlaczego ten model przestaje działać, pisaliśmy w ubiegłym tygodniu (RH 25/2026).
Dziś świat wygląda zupełnie inaczej. Sudan. Gaza. Liban. Ukraina. Demokratyczna Republika Konga. Mjanma. Coraz więcej wojen toczy się na świecie w tym samym czasie. Nakładają się na nie epidemie, susze, powodzie i migracje. Organizacje humanitarne próbują gasić pożary, ubywa jednak środków i narzędzi.
Jak pomagać w świecie, w którym kryzys nie jest wydarzeniem, ale stanem permanentnym? To pytanie stawia Ben Ramalingam, jeden z najbardziej uznanych badaczy systemów humanitarnych, w najnowszym komentarzu opublikowanym przez The New Humanitarian. Jego zdaniem pomoc humanitarna nie potrzebuje kolejnej reformy. Potrzebuje całkowicie nowej logiki.
Pierwsza zmiana powinna dotyczyć odpowiedzialności. Przez dziesięciolecia obowiązywał prosty podział. Bogata Północ pomagała biedniejszemu Południu. Ramalingam przekonuje, że ten sposób myślenia przestał odpowiadać rzeczywistości. Dobrym przykładem są zmiany klimatu. Kraje najbardziej narażone na susze, powodzie czy podnoszenie się poziomu mórz odpowiadają za niewielką część emisji gazów cieplarnianych. Dlatego utworzony podczas szczytu COP28 Fundusz Strat i Szkód nie jest już przedstawiany jako akt dobrej woli bogatych państw, ale jako forma odpowiedzialności za skutki rozwoju, z którego przez dekady korzystały przede wszystkim najbogatsze gospodarki.
Kolejnym kluczowym elementem zmiany logiki pomagania jest zrozumienie, że wiele sensownych rozwiązań już istnieje. Wystarczy je docenić. Przez lata większość programów rodziła się za biurkami w Londynie, Genewie czy Nowym Jorku. Później trafiały do Afryki lub Azji. Najlepsze pomysły jednak powstawały właśnie tam.
Bangladeska organizacja BRAC opracowała program wychodzenia z ubóstwa, który został później wdrożony w ponad pięćdziesięciu krajach. Etiopski Productive Safety Net Programme od dwóch dekad zapewnia stałe wsparcie milionom rodzin i pozwala błyskawicznie zwiększać skalę pomocy podczas suszy lub nieurodzaju. Z kolei mechanizm African Risk Capacity automatycznie uruchamia środki finansowe po przekroczeniu progów alarmowych dotyczących suszy lub innych katastrof, zanim jeszcze świat obiegną dramatyczne zdjęcia i ruszą zbiórki pieniędzy na pomoc.
Podobna zmiana dokonuje się również w Ukrainie. Jednym z najbardziej innowacyjnych rozwiązań ostatnich lat jest Emergency Fund, z dumą tworzony przez Dobrą Fabrykę Ukraina przy wsparciu rządu Niemiec. Przez lata świat inwestował przede wszystkim w pomoc dla ofiar. Coraz częściej okazuje się jednak, że równie pilnej ochrony potrzebują ci, którzy tę pomoc niosą. Lokalne organizacje pracują miesiącami pod ostrzałem, często balansując na granicy utraty płynności finansowej i wypalenia swoich zespołów. Zamiast każdorazowo przygotowywać nowy projekt po rosyjskim ostrzale i tygodniami czekać na decyzję donorów, fundusz pozwala uruchamiać pomoc praktycznie natychmiast.
Twórcy Emergency Fund powtarzają, że jeśli nie zadbamy o odporność organizacji humanitarnych, w końcu nie będzie miał kto prowadzić programów pomocowych. W tym sensie fundusz nie jest kolejnym kosztem dla donorów. Jest mechanizmem chroniącym ich inwestycje i próbą zbudowania silnejsieci organizacji lokalnych, która będzie działała także podczas kolejnych kryzysów. Fundusz coraz częściej postrzegany jest nie jako pojedynczy projekt, lecz jako zalążek nowego elementu współczesnej pomocy humanitarnej.
Rozwiązanie wzbudziło zainteresowanie kolejnych donorów, a gotowość do jego rozwijania deklarują dziś również partnerzy międzynarodowi, w tym agendy ONZ. To odwrócenie logiki, o której pisze Ramalingam. Innowacje nie muszą już powstawać wyłącznie w światowych stolicach humanitaryzmu. Coraz częściej rodzą się tam, gdzie innowacyjne rozwiązania wymusza codzienne mierzenie się ze skutkami kryzysu.
Kolejną zmianą, o której pisze Ramalingam, jest anticipatory action, czyli pomoc uruchamiana jeszcze przed katastrofą. Przez dekady świat uruchamiał pomoc dopiero wtedy, gdy katastrofa już się wydarzyła. Międzynarodowa Federacja Czerwonego Krzyża rozwija jednak fundusze, które automatycznie uwalniają środki po przekroczeniu określonych progów ryzyka. W wielu krajach Afryki pieniądze trafiają do lokalnych społeczności jeszcze przed nadejściem suszy, dzięki czemu można kupić paszę dla zwierząt, zabezpieczyć studnie albo zgromadzić żywność. To znacznie tańsze niż ratowanie ludzi, którzy kilka miesięcy później stracą cały dobytek.
Dlaczego więc świat nie pomaga w ten sposób od dawna? Ponieważ, jak mówi Ramalingam, wciąż „łatwiej finansować katastrofy niż ich brak”. Znacznie prościej pokazać zdjęcie rozdawanych paczekżywnościowych niż udowodnić, że dzięki odpowiednio wczesnej interwencji tych paczek w ogóle nie trzeba było rozdawać.
Nowoczesnych rozwiązań istnieje już wiele. Nie trzeba ich wymyślać. Trzeba jedynie uznać, że świat, dla którego projektowano pomoc po II wojnie światowej, przestał istnieć. Przyszłość humanitaryzmu nie narodzi się podczas kolejnej konferencji w Genewie. Powstaje już dziś w Ukrainie, Bangladeszu, Etiopii i wielu innych miejscach, gdzie ludzie od lat uczą się żyć z kryzysem.