Togo to jeden z najmniejszych afrykańskich krajów, leżący w zachodniej części kontynentu nad Zatoką Gwinejską, wciśnięty między Ghanę, Benin i Burkina Faso jak szpunt w dębową beczkę. W kraju żyje ponad 6,5 miliona ludzi, z których nieco ponad 80% walczy o to, by przeżyć dzień za mniej niż dwa dolary.
Przyjeżdżam tu od siedmiu lat. Właśnie do tych najbiedniejszych. Na pierwszy rzut oka zmieniło się niewiele. W stolicy, Lomé, lata temu motocykle przejęły kontrolę nad ruchem ulicznym. Choć, patrząc na główne skrzyżowania, ma się wrażenie, że nie tylko nad nim, ale także nad umysłami ludzi. Są wszędzie, poruszają się we wszystkich kierunkach. Zasady ruchu drogowego w Togo uproszczone są do woli przetrwania. Ograniczenia prędkości i przepisy to didaskalia, kwestie ustalane na bieżąco, bardziej uzależnione od fantazji i wrażliwości kierowców niż od obiektywnych, ogólnie przyjętych norm.
– Nic się nie zmieniło – rzucam, próbując nadążyć za tym, co dzieje się na zewnątrz.
– Nieprawda. Dobrze się przyjrzyj. Pięć lat temu można było jeździć bez kasku, teraz trzeba go mieć przynajmniej na kierownicy – śmieje się Tipo, nasz kierowca.
Mimo wszystko większego zagrożenia upatruję w kasku, który ma na głowie już pół miasta, niż w umiejętnościach zedów, kierowców mototaksówek. Nie bez żalu odmawiam przejażdżki. Potrzebuję dotrzeć na północ kraju, do Saoudé. Jedziemy samochodem z kierowcą. Ponad 500 kilometrów rollercoasterem krajową jedynką. Wieczorem wszystko wokół wciąż jeszcze wiruje. Kładąc się spać, wciąż sprawdzamy, czy zapięliśmy pasy.
W tej części Afryki króluje stary Peugeot 504 w wersji kombi, choć „króluje” to nie najcelniejsze określenie. Ma się tu wręcz wrażenie, że lata panowania kolonizatorów mieszkańcy Togo postanowili sobie zrekompensować, biorąc w niewolę francuskie samochody i zaprzęgając je do najcięższych prac. Samochody mają pewnie po milion kilometrów przebiegu i setki ton przetransportowanego towaru. Podczas swojego publicznego debiutu na Salonie Samochodowym w Genewie w 1968 roku auto lansowane było jako pojazd rodzinny, ale kto by o tym pamiętał? W końcu minęło prawie pół wieku. Dziś wozi się nimi drewno, kozy, krowy, materiały budowlane, worki z mąką, kukurydzą i złom. Generalnie wszystko, co trzeba przewieźć z jednego miejsca w drugie.
Na północy kraju, w górzystych okolicach miejscowości Saoudé, mieszkają ci najbiedniejsi. Dotarliśmy tu późną nocą. Było powitanie z latarkami w dłoniach, wystawna kolacja: ryż gotowany na trzech kamieniach pod gołym niebem, tradycyjny sos yassa i grillowana ryba. Przyjęto nas z honorami, bo Dobra Fabryka w tej części Afryki dużo znaczy. W Saoudé działa mała wiejska apteka, od 2015 roku finansowana przez naszą fundację. Nikt z blisko czterech tysięcy pacjentów, którzy każdego roku proszą nas o witaminy, antybiotyki czy leki na przeziębienie i malarię, nie odchodzi z pustymi rękami.
Oczy Mazalo patrzą na ten świat od 80 lat. Dziś jest w nich wdzięczność, bo leków na nadciśnienie, które dostaje od nas za symboliczną miskę kukurydzy, nigdy nie byłaby w stanie sfinansować sama. Wcześniej był w nich smutek, cierpienie i bezradność. Nam jednak chodzi o to, żeby dobra na tym świecie przybywało.
Kola ma 29 lat. Jako dziecko przychodziła do apteki z mamą, a teraz sama prosi nas o pomoc dla swojej córeczki Jeanne. Dla Koli apteka to coś więcej niż składzik z lekami. To polisa bezpieczeństwa, jedyna, jaką ma, by ratować córkę przed częstymi i komplikującymi się chorobami. Leki, jak każdy, dostaje u nas za taką samą symboliczną miskę kukurydzy. Nic więcej. Zebrane w ten sposób ziarno rozdajemy z kolei tym, którym pod koniec pory suchej zaczyna doskwierać głód.
Obok Saoudé leży mała wioska Wyamdé. Wszystko jest tu czarne od sadzy. Krajobraz trochę księżycowy. Serce wioski bije głośno, miarowo, zdrowo. Wali kamieniem w rozgrzany do czerwoności metal.
– Ile waży ten kamień? Dziesięć, piętnaście kilo?
– Im więcej, tym lepiej. Zależy od kowala. Musi pewnie uderzyć nim w rozgrzany do czerwoności kawałek żelaza. Nie może się pomylić.
Pomyłka oznacza kalectwo, a wypadki się zdarzają. Nie ma tu maszyn ani profesjonalnych narzędzi. Kobieta podsyca ogień w glinianym piecu dwoma miechami z krowiej skóry. Mężczyzna czeka, aż fragment stalowej felgi rozgrzeje się do czerwoności. Zamiast kowalskiego młota granitowy kamień, zamiast kowadła kawał granitowej skały.
Ludzie zbudowani z tytanu, maszyny z krwi, kości i twardych jak granit mięśni nadają nowe życie samochodowym felgom, zamieniając je w motyki i pługi. Kiedy stary Peugeot dalej już nie pojedzie, będzie orał pole. Nie zazna tu spokoju.
Od pieca bije żar. Na zewnątrz 40 stopni w cieniu. Powietrze zgęstniało i nie chce się ruszyć. Pot leje się z czoła od samego patrzenia na pracę kowala. Nie znam cięższej roboty. Cały mój szacunek jest dziś z ludźmi z wioski Wyamdé.
Nasz apteczny projekt w Togo to nie leczenie ran, które Togijczycy zadają sami sobie. Oni nie są leniwi. Pracują ciężko, do utraty tchu, czasem zdrowia. To nie ich wina, że wciąż nie mają z tego więcej niż dwa dolary dziennie i że na ratowanie zdrowia nikogo już nie stać. To nie ich wina, bo to nie oni meblują ten świat.
Przez ostatnie lata zmieniło się tu wszystko. Choroba dziecka była końcem świata dla matki ledwo wiążącej koniec z końcem, dla której paracetamol lub syrop na kaszel były jak flakonik najdroższych perfum. Odkąd jest tu Dobra Fabryka, lekarstwa ratujące życie nie mają swoich cen. Kosztują tyle, ile każdy może za nie dać. Każdy ma prawo do zdrowia i do dbania o najbliższych.
Jedna miska kukurydzy. Tyle kosztuje widok pełnych wdzięczności oczu Mazalo i Koli oraz kilkudziesięciu osób, które tylko dziś przyszły prosić nas o pomoc.
Reportaż opublikowany w Magazynie Kontynenty 1/2024