W Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie liczba podejrzewanych zakażeń wirusem Ebola przekroczyła już 1000, a liczba ofiar śmiertelnych sięgnęła 246. WHO ogłosiła międzynarodowy stan zagrożenia zdrowia publicznego, a Uganda zamknęła granicę z Demokratyczną Republiką Konga. Tym razem chodzi o rzadki szczep Bundibugyo. Nie istnieje na niego zatwierdzona szczepionka ani celowane leczenie. O epidemii, która wybuchła w prowincji Ituri, pisaliśmy w ubiegłym tygodniu. W teorii świat miał być na taki scenariusz przygotowany. W praktyce kolejny raz okazuje się, że nie jest. Dziś szukamy odpowiedzi na to, jak bardzo.

Najnowszy raport Global Preparedness Monitoring Board, niezależnego organu powołanego po katastrofalnej epidemii eboli w Afryce Zachodniej z lat 2014–2016, brzmi jak akt oskarżenia wobec świata, który po COVID-19 obiecywał reformy, ale bardzo szybko wrócił do dawnych błędów.

„Świat nie jest dziś znacząco bezpieczniejszy wobec pandemii niż dekadę temu” — alarmują autorzy raportu „A World on the Edge”. Według ekspertów kolejne epidemie stają się częstsze, bardziej niszczące i trudniejsze do opanowania. Napędzają je wojny, zmiany klimatu, urbanizacja, masowe migracje i rozpad współpracy międzynarodowej.

Ten rozpad najlepiej widać dziś w miejscu, które przez dekady było jednym z filarów globalnego bezpieczeństwa zdrowotnego. W Stanach Zjednoczonych. Administracja Donalda Trumpa ograniczyła finansowanie programów pomocowych, wygasiła dużą część działań USAID i wycofała kraj z roli lidera, który nie tylko reagował na epidemie, ale pomagał wykrywać je, zanim wymkną się spod kontroli.

W ostatnich miesiącach w amerykańskiej debacie coraz mocniej przebija się przekonanie, że zamiast inwestować w nadzór nad patogenami, laboratoria, szczepionki i szybkie reagowanie, państwo powinno skupić się na „zdrowym stylu życia” obywateli. Brzmi rozsądnie tylko do momentu, kiedy pojawia się realne zagrożenie wirusem w samolocie, na lotnisku, w obozie dla przesiedlonych lub na targowisku. Można jeść lepiej i więcej chodzić, owszem, ale nie da się rozchodzić eboli.

Przypomniała o tym niedawna historia statku wycieczkowego MV Hondius. Po rejsie z Argentyny jeden z pasażerów zmarł na hantawirusa. Potem zachorowali kolejni. Ludzie z kilkudziesięciu krajów rozjechali się do domów, kwarantanna okazała się dziurawa, a osoby potencjalnie zakażone po kilku godzinach były już w Stambule i Mediolanie. To był mały pokaz tego, jak wygląda świat połączony lotami, portami i turystyką. Patogen nie potrzebuje paszportu. Wystarczy mu opóźniona reakcjasystemu ochrony zdrowia.

W Ituri, prowincji na wschodzie Demokratycznej Republiki Konga, gdzie wykryto pierwsze przypadki obecnej epidemii, wszystko wyglądało jak zawsze przed katastrofą. Region od lat wyniszczają konflikty zbrojne. Setki tysięcy ludzi uciekają między wioskami i obozami. Granice praktycznie nie istnieją. Ludzie przemieszczają się codziennie między Kongiem, Ugandą i Sudanem Południowym.

 

Pierwsze przypadki pojawiły się prawdopodobnie dużo wcześniej, niż oficjalnie przyznano. Personel medyczny długo nie rozpoznawał wirusa, bo objawy przypominały malarię albo cholerę. Testów dla szczepu Bundibugyo nie było. Lokalne kliniki przez tygodnie alarmowały o „dziwnej gorączce”, ale system reagował zbyt wolno.

To właśnie takie opóźnienia raport GPMB uznaje dziś za największe zagrożenie XXI wieku. Nie dlatego, że świat nie ma wiedzy. Dlatego, że coraz częściej nie ma struktur zdolnych tę wiedzę wykorzystać.

Pandemia COVID-19 miała nauczyć świat solidarności. Tymczasem według raportu nauczyła przede wszystkim bogate państwa, że w kryzysie każdy ratuje siebie. W czasie ostatnich epidemii mpox kraje afrykańskie czekały na szczepionki nawet 24–27 miesięcy. Dłużej niż podczas COVID-19. Oznaczało to, że epidemia zdążyła rozlać się szeroko, zanim ktokolwiek zdecydował się dzielić preparatami.

Dziś sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Finansowanie systemów ochrony zdrowia spada. WHO alarmuje, że wiele krajów Afryki weszło w obecną epidemię z bardziej osłabionymi systemami niż przed COVID-em. Część laboratoriów zamknięto po cięciach budżetowych. Ograniczono programy monitoringu chorób. Organizacje humanitarne tracą finansowanie. USAID, która wcześniej była jednym z filarów walki z epidemiami w Afryce, została praktycznie wyłączona z gry.

To krótkowzroczność przebrana za oszczędność. Bo epidemia zatrzymana w Ituri jest lokalnym kryzysem. Epidemia przeoczona w Ituri może stać się problemem światowym, który zagrozi każdemu z nas.

Raport GPMB ostrzega, że świat wszedł w epokę „nakładających się kryzysów”, w której epidemie przestają być odrębnymi katastrofami. Stają się częścią większego rozpadu bezpieczeństwa społecznego i politycznego.

Eksperci piszą również o „erozji zaufania”. Ludzie coraz mniej wierzą rządom, instytucjom międzynarodowym i systemom ochrony zdrowia. A bez zaufania nie działa żadna walka z epidemią.

Podczas poprzednich epidemii eboli w Kongu zdarzało się, że mieszkańcy atakowali centra leczeniai ukrywali chorych przed lekarzami. Nie dlatego, że nie bali się wirusa. Dlatego, że bardziej bali się państwa, błędnych rozpoznań choroby i zmuszania do kwarantanny w zbiorowych salach razem z zakażonymi.

Raport kończy się ostrzeżeniem, które brzmi bardziej jak diagnoza świata niż analiza zdrowia publicznego: „Pandemie nie są wyłącznie kryzysami medycznymi. Są testem tego, czy społeczeństwa potrafią jeszcze działać razem”.