Wojna, wulkan, rebelia, zamknięte drogi, drożyzna, brak paliwa. Wschodnie Kongo od lat żyje w stanie alarmowym. Teraz do tej listy dopisuje się ebola. Rozmawiamy z s. Agnieszką Gugałą, która prowadzi szpital w Ntamugendze i zna ten strach nie z raportów, ale z dyżurów, z izby przyjęć i z twarzy ludzi, którzy muszą mierzyć się ze śmiertelnym zagrożeniem.

Kiedy usłyszałaś, że znowu wybuchła ebola, pomyślałaś, że…

…jeszcze tego brakowało. Ostatnio znalazłam w szafie biały kombinezon ochronny. Taki z poprzednich epidemii. Spojrzałam na niego i pomyślałam, że może jeszcze kiedyś się przyda. Pielęgniarz obok powiedział, że byłby to najgorszy koszmar. Od ogniska epidemii do Ntamugengi kilkaset kilometrów. Może cudem nas ominie.

W linii prostej 300 kilometrów. Dla wirusa to żaden dystans.

W Kongu te 300 km między nami a Ituri to przeprawa najeżona pułapkami. Drogi są niebezpieczne, lotnisko w Gomie nie działa od czasu zajęcia miasta przez M23, więc ludzie przemieszczają się samochodami. Część jedzie przez Ugandę, bo tam jest bezpieczniej. Część wybiera drogę kongijską, przez miejsca, gdzie od lat atakują grupy zbrojne. W rejonie Jeziora Edwarda, Rwindi, parku Virunga zdarzają się ostrzały samochodów. Ludzie giną, są rabowani. Nawet przed wojną jeździło się tam w konwojach, z wojskową obstawą. Ale masz rację, wirusowi nie straszne są wojskowe barykady. Stamtąd, gdzie jest niebezpiecznie, ludzie uciekają, a z nimi wirusy. I choć dla nas te 300 km to zupełnie inny świat, to w czasie wojny żaden problem dla wirusa, bo skala migracji jest olbrzymia.

Dodatkowo jesteście bardzo lubianym szpitalem.

Ludzie do nas przychodzą, bo wiedzą, że dostaną dobrą opiekę, że mamy możliwości, których nie mają inne szpitale. To jest nasza siła, ale w takiej sytuacji również ryzyko. Jeśli ktoś w okolicy zachoruje, przyjdzie prosto do nas.

Wszystko wskazuje na to, że personel medyczny w Ituri zawalił i poinformował o epidemii kilka tygodni po tym, jak wirus zaczął atakować.

Podobno pierwsze zachorowania w Ituri były już w kwietniu. Alarm ogłosili dopiero w maju. Każdy dzień zwłoki to ogromne ryzyko. Stąd tak dużo zachorowań w całym regionie. Pierwszy przypadek choroby potwierdzono też w Gomie. Kobieta. Jej mąż zmarł na ebolę w Ituri. Przejechała około 300 kilometrów przez Ugandę i dotarła do Gomy. Zachorowań będzie zatem pewnie więcej. Niepotwierdzony przypadek mamy też już w wiosce oddalonej od nas zaledwie o 10 kilometrów.

Ebola budzi panikę, ale nie zaraża tak jak COVID.

Nie, to nie jest tak, że ktoś kichnie i zarazi pół autobusu. Do zakażenia dochodzi przez kontakt z płynami ustrojowymi, z chorym ciałem, z krwią, wymiocinami, biegunką. Właśnie dlatego opieka nad chorym jest tak trudna. Przy eboli ludzie krwawią. Trzeba ich izolować, zabezpieczać personel, utylizować wszystko, czego dotknęli. Śmiertelność jest ogromna.

Ponoć nawet 50%.

Dlatego to jest zupełnie inny rodzaj strachu niż przy COVID-zie. Pacjenci bardzo się boją.

Samej choroby, ale pewnie też szpitali.

Jednego i drugiego. Pamiętam poprzednią epidemię. Ludzie z podejrzeniem eboli zaczęli się ukrywać, bo bali się, że trafią do izolacji razem z osobami naprawdę chorymi. Ktoś miał gorączkę, ale nie wiedział, czy to ebola. Bał się, że jeśli pójdzie do ośrodka, położą go obok kogoś zakażonego i dopiero wtedy się zarazi. Takie sytuacje się zdarzały. Podejrzani leżeli z chorymi pod jednym namiotem i zakażali się od siebie.

Mieliście przypadek eboli w Ntamugendze?

W 2019 roku mieliśmy pacjenta podejrzanego o ebolę. Nie przyznał się, że przyjechał z Beni, czyli z regionu, który wtedy był ogniskiem epidemii. Powiedział, że jest z pobliskiego Rutshuru. Miał krwotok, potem zmarł. Nie miał typowych objawów eboli, ale kiedy dowiedzieliśmy się, skąd naprawdę przyjechał, padł na nas blady strach. Zawiadomiliśmy służby. Przyjechała specjalna ekipa, która zabierała do badania ciała podejrzane o zakażenie. Na szczęście okazało się, że to nie była ebola. Ale sam fakt, że ktoś ukrył pochodzenie, nauczył nas, że do każdego podejrzanego przypadku należy podchodzić z najwyższą ostrożnością.

Jak teraz przygotowujecie szpital?

Przede wszystkim przygotowujemy do otwarcia budynek triażu, nieużywany od ostatniej epidemii. Tam mierzymy temperaturę przed wejściem na teren szpitala, pacjenci dezynfekują ręce, zakładają maski. Sprawdzamy, czy pacjent może wejść do szpitala, czy trzeba go odizolować. Uruchamiamy dyżury zespołu, który będzie robił ten wstępny przesiew chorych. To są proste rzeczy: kran, mycie rąk, rękawiczki, temperatura, izolacja. Ale w epidemii proste rzeczy ratują życie.

Granica z Rwandą została zamknięta.

Mam nadzieję, że tylko na chwilę, po to, żeby ustawić system kontroli i zabezpieczenia po stronie rwandyjskiej. Dla nas to duży problem, bo przez Rwandę wjeżdżają leki, środki medyczne, materiały. Aktualnie to właściwie jedyna droga zaopatrzenia. Jeśli granica staje, wszystko staje.

Na szczęście mamy trochę zapasów i złożone zamówienia. Kiedy dowiedziałam się o pierwszym przypadku w Gomie, od razu zarezerwowałam zapas rękawiczek i środków czystości. Tylko dzięki Wam możemy myśleć do przodu i się zabezpieczać. W Kongo wszystko może się zdarzyć. Nagle wybucha wojna. Nagle zamyka się droga. Nagle nie ma paliwa. Tu wszystko dzieje się nagle.

Masz czasem poczucie, że tego jest po prostu za dużo?

Mam takie poczucie, odkąd wjechałam do Konga. W Europie, kiedy coś się dzieje, służby reagują szybko. Rusza lawina procedur. Są działania, komunikaty, każdy wie, co ma robić. Tu podstawowym problemem jest brak informacji. Prosty przykład: wyjeżdżasz z Gomy i w zasadzie zaraz za rogatkami miasta kończy się zasięg. Nie wiesz, czy na drodze był atak, czy ktoś strzelał, czy można jechać.

Wojna, ebola, paliwo, zamknięta granica. Jak żyć?

Trzeba żyć chwilą. W Kongo nie da się planować tak, jak planuje się w Europie. Tu trzeba reagować. Szybko. Czasem intuicyjnie. Dlatego wolę być na miejscu, nawet jak jest wojna. Jestem spokojniejsza, bo mogę reagować. Jeśli akurat mnie tu nie ma, trudniej zarządza się tym chaosem.

Czyli w Kongu jesteś u siebie?

Tak, tu jestem u siebie. Tu spędzam większą część życia. Do Polski przyjeżdżam na miesiąc, dwa. W Kongo jestem całą resztę roku. Siłą rzeczy to jest mój dom.

Tylko ciągle coś wybucha, ciągle coś niszczy to, co udało się zbudować.

Mam poczucie walki z wiatrakami, kiedy to się dzieje. Ale potem patrzę wstecz i widzę, że jednak wielu ludzi udało się uratować. Że zespół zrobił świetną robotę. Że gdyby nas tam nie było, wtedy dopiero byłaby katastrofa. I mówię „nas”, ale to nie jest tylko nasz zespół na miejscu. To jest też Dobra Fabryka i wszyscy, którzy pomagają. Dzięki Wam my możemy robić tę robotę.

Czego teraz potrzebujecie najbardziej?

Spalarni na odpady medyczne. To moje marzenie od wielu lat, ale teraz jest to potrzeba z półki tych najpilniejszych. Bo to nie jest tylko utylizacja śmieci. To jest obrona przed wirusami. Przed zakażeniem. Spalarnia oznacza przemianę w popiół tego, co może zabić. Skażonych rękawiczek, opatrunków. Bez niej szpital jest bombą biologiczną. Nie tylko dla pacjentów i personelu, ale dla całego regionu.

Epidemia nie jest dla Was czymś nowym.

Mieliśmy cholerę. Wtedy namiot szpitalny zakupiony przez Dobrą Fabrykę bardzo nam pomógł. Niczego nam wtedy dzięki Wam nie brakło. Tylko dlatego się udało. Wasza szybka reakcja naprawdę uratowała wtedy przed śmiercią wiele osób. Mieliśmy wystarczająco kroplówek, płynów dezynfekujących. Ani jedna osoba nie zmarła z powodu cholery. Była też wcześniejsza epidemia po zatruciu mięsem chorej krowy.

Tak, pamiętam, byłem wtedy na miejscu. To właśnie ta sytuacja zmobilizowała nas do kupienia szpitala polowego.

Z Wami naprawdę wspaniale się pracuje. Słuchacie potrzeb i reagujecie natychmiast. Wtedy ponad sto osób trafiło do nas z objawami ostrego zatrucia. Kilka osób umarło, zanim dotarło do naszego szpitala, ale udało nam się wyleczyć wszystkich, którzy byli pod naszą opieką. To są momenty, w których widać sens naszej pracy. Bo epidemia przychodzi jak fala, a szpital musi być dla niej murem.

Czego Ci życzyć?

Siły fizycznej. Naprawdę. Bo psychicznie człowiek jakoś się zbiera, kiedy trzeba działać, ale czasem brakuje doby. Mam świetny zespół. To w nich siła.

A tych wszystkich plag, które przechodzą przez Kongo: wojna, rebelia, ebola, cholera, głód, zamknięte drogi, czego boisz się najbardziej?

Wulkanu.

Wulkanu?

Nyiragongo jest cały czas zagrożeniem dla nas wszystkich. Kiedy zaczynają się drgania sejsmiczne albo kiedy nagle znika dym nad wulkanem, ludzie wpadają w panikę. Ostatnio odwołano lekcje w szkołach, dzieci wracały do domów. Wszyscy patrzyli na wulkan.

Tam gigantycznym zagrożeniem jest też gaz zgromadzony pod powierzchnią jeziora Kiwu.

Tak, choć ludzie bardziej boją się lawy, bo ją znają. Mniej rozumieją zagrożenie erupcją limniczną z jeziora Kiwu, choć ona może być jeszcze groźniejsza.

Czyli ze wszystkich tykających bomb uważasz, że wulkan jest najgorszy?

Tak. Najbardziej nieobliczalny. Wojna też jest nieobliczalna, ale przed lawą nie uciekniesz tak łatwo, jak przed wojną. Kiedy lawa przechodzi przez domy, przez dzielnice mieszkalne, zabiera wszystko. Przy tym wszystkim ebola jeszcze nie wydaje się najstraszniejsza.