Tommy Olsen, założyciel Aegean Boat Report, od lat monitoruje nielegalne pushbacki migrantów na Morzu Egejskim. Publikuje zdjęcia, nagrania i relacje ludzi wyrzucanych z greckich wód terytorialnych na pontonach bez silników, pozostawianych nocą na otwartym morzu albo odsyłanych do Turcji bez możliwości złożenia wniosku o azyl.
Grecja oskarżyła go o „ułatwianie nielegalnej migracji” i zażądała ekstradycji do Aten. Norweski sąd właśnie odrzucił ten wniosek. W uzasadnieniu wskazano, że działalność Olsena miała charakter dokumentacyjny i humanitarny, a sprawa budzi poważne obawy dotyczące wolności słowa i praw człowieka.
To ważny wyrok. Nie tylko dla Tommiego Olsena. Także dla wszystkich, którzy próbują patrzeć Europie na ręce, kiedy ta ma coraz więcej do ukrycia.
Rozmawiamy z Tommym Olsenem o tym, jak wygląda dziś granica Unii Europejskiej, dlaczego ratowanie ludzi coraz częściej traktowane jest jak przestępstwo i co dzieje się z Europą, kiedy świadków zaczyna się ścigać zamiast słuchać.
Jak zaczęła się historia Aegean Boat Report?
Od dawna je jeździłem do Grecji na wakacje, jak wielu Norwegów. Dla mnie była krajem spokojnym, z luźną atmosferą, dobrym jedzeniem i miłymi ludźmi. Ten obraz zmienił się w 2015 roku. Miałem znajomych i kolegów, którzy byli wtedy na Lesbos. Zaczęli przysyłać mi zdjęcia, których nie rozumiałem. To nie była Grecja, którą miałem w głowie. To było coś zupełnie innego.
Wziąłem tydzień wolnego w pracy i pojechałem na miejsce z ciekawości. Miałem doświadczenie w medycynie ratunkowej, resuscytacji, wspinaczce, pracy z linami. Mieszkam na wyspie, więc dobrze znam morze. Pomyślałem, że mogę się tam przydać.
Na miejscu okazało się, że sytuacja jest o wiele bardziej dramatyczna niż na zdjęciach. Ten jeden tydzień zamienił się w sześć. Wyczyściłem oszczędności, wziąłem cały urlop, później urlop bezpłatny.
W telewizji widzisz tylko obraz. Ja znałem jego zapach, smak, fakturę. Spędzałem godziny w wodzie. Zniszczyłem sobie stopy. Na początku przebierałem się po każdym wejściu do morza, ale to nie miało sensu, skoro wchodziło się do wody trzydzieści razy dziennie. Po prostu przyzwyczaiłem się do tego, że jestem mokry.
Wróciłem do domu na Boże Narodzenie 2015 roku, po prawie sześciu tygodniach na Lesbos. Wielu ludzi, którzy opuszczają miejsca katastrof, ma taki dziwny dar, że mogą wyjechać, kiedy inni nie mogą. Wyszedłem z tej sytuacji, wróciłem do domu, robiłem normalne rzeczy i czułem, że to nie jest w porządku.
Dlatego wróciłem. Wtedy zobaczyłem jeszcze większy chaos. Na Lesbos zarejestrowanych było w pewnym momencie ponad trzysta organizacji. Było tam wszystko, od niań od pieluch po jogę dla uchodźców. Porażała rywalizacja, konflikty i napięcia między wolontariuszami.
Pamiętam, jak stałem na plaży. Przyjechała jedna holenderska organizacja i zaczęła nas wypraszać. Nie byłem związany z żadną organizacją. Mieliśmy samochód i zespół ludzi z umiejętnościami: lekarzy, tłumaczy. A oni powiedzieli: „To nasi uchodźcy”.
Właśnie brak współpracy i brak informacji był jednym z powodów, dla których powstał Aegean Boat Report. Chciałem wiedzieć, gdzie docierają łodzie, gdzie jest za dużo zasobów, gdzie za mało, co dzieje się w dzień, co w nocy, jak zmieniają się trasy w zależności od pogody.
Zacząłem zbierać informacje od dziesięciu, piętnastu osób na Lesbos, później od ponad setki. Robiłem codzienny raport o tym, co dzieje się na wyspie, i odsyłałem go do tych samych ludzi. Każdy dorzucał informacje i każdy dostawał wiadomości.
W pewnym momencie organizacje dzwoniły do mnie, kiedy czegoś nie rozumiały. Siedziałem w Tromsø w Norwegii, a one pytały mnie, co się dzieje na Lesbos. Ludzie mi ufali. Musiałem uważać, żeby źródeł nie dało się zidentyfikować. Kiedy ludzie zobaczyli, że potrafię chronić ich informacje, zaufanie rosło.
Potem to samo zrobiłem na Samos, Chios, Leros, Rodos i Kos. W grudniu 2017 roku uznałem, że te informacje mogą być przydatne nie tylko konkretnym organizacjom, ale dużo szerzej. Założyłem stronę na Facebooku.
W którym momencie zrozumiałeś, że nie dokumentujesz już tylko migracji, ale coś znacznie mroczniejszego?
W 2019 roku, po zmianie rządu w Grecji i dojściu do władzy Nowej Demokracji, zauważyliśmy zmianę polityki i nastawienia straży przybrzeżnej. Wcześniej bardzo blisko współpracowałem z nimi i z lokalną policją. To się zmieniło. Wrogość rosła.
Pushbacki zdarzały się zawsze, zarówno na Morzu Egejskim, jak i w Evros. Od dawna. Niektórzy funkcjonariusze niszczyli silniki, odpychali ludzi z powrotem. To działo się przez dziesiątki lat, jeszcze przed kryzysem uchodźczym. Ale to nie był system. To byli pojedynczy ludzie, którzy mieli swoje poglądy i działali według nich na morzu albo na lądzie.
Pod koniec 2019 roku i na początku 2020 roku zaczęliśmy dostawać zdjęcia tratw ratunkowych. Na początku nas to dziwiło, bo uchodźcy płynęli pontonami, nie mieli ze sobą tratw. Nie rozumieliśmy, jak się na nich znaleźli. Czy ukradli je w Turcji i zaczęli wiosłować do Grecji? Nie rozumieliśmy kontekstu.
Nie wierzyłem ani przez sekundę, że robi to straż przybrzeżna. Przez długi czas analizowaliśmy zdjęcia i filmy. Rozmawiałem z dziennikarzami, ale wielu mówiło: „Oszalałeś. Żadne europejskie państwo czegoś takiego nie robi. Jeśli to napiszesz, to koniec Twojej wiarygodności”.
Prowadziliśmy wiele dochodzeń. Pamiętam, jak na Samos czterdzieści dwie osoby dotarły do małej wioski. Policja przetrzymała ich w starym magazynie. Następnego dnia zniknęli. Miejscowym powiedziano, że zabrano ich do obozu, ale w obozie ich nie było.
Mieszkańcy wioski publikowali zdjęcia tych ludzi w mediach społecznościowych. Pisali: „Ci ludzie dotarli do naszej wioski. Daliśmy im jedzenie”. Potem przyszli do nich funkcjonariusze po cywilnemu i kazali usunąć posty, bo „to się nigdy nie wydarzyło”. Ludzie mówili: „Ale byliśmy tam, widzieliśmy”. Odpowiadali: „To się nie wydarzyło. Jeśli chcecie mieć problemy, zostawcie to w sieci. Jeśli nie, usuńcie”.
Z czasem, kiedy składaliśmy elementy w całość, zrozumieliśmy, że to jest poważniejsze niż wcześniej. To nie byli już pojedynczy funkcjonariusze. To stawało się systemowe. Działo się na wielu wyspach jednocześnie, według tego samego schematu: uchodźcy docierali, znikali, a potem pojawiali się na tratwach ratunkowych.
Jedną rzeczą jest wiedzieć, że coś się dzieje. Drugą, udowodnić to. Jak zbierasz dowody? Co jest potrzebne, żeby mieć pewność?
Najpierw trzeba udowodnić, że ludzie dotarli do Grecji. Lokalizacji live na WhatsAppie praktycznie nie da się sfałszować. Technicznie można próbować komputerowo, ale to ekstremalnie trudne. Potem dokumentujesz, kim są. Potrzebne są zdjęcia twarzy, ubrania, szczegóły, bluzy z logo, charakterystyczne rzeczy, których używają. To wszystko jest ważne, bo jeśli ci ludzie nagle znikają, musimy sprawdzić, czy pojawią się gdzie indziej.
Kiedy mamy zdjęcia ze strony greckiej i tureckiej, porównujemy twarze, ubrania, pozycję, czas, kiedy zostali podjęci i czas, kiedy mieliśmy z nimi ostatni kontakt. Mieliśmy też nagrania z dronów. Lokalni ludzie na różnych wyspach obserwowali tak zwanych „zamaskowanych mężczyzn”, bo uchodźcy byli zatrzymywani przez osoby w maskach, w mundurach bez dystynkcji. Ale używali statków greckiej straży przybrzeżnej, więc musieli mieć z nią powiązania.
Na początku straż przybrzeżna z jakiegoś powodu nie interesowała się telefonami komórkowymi. Chyba nie myśleli, że ludzie mogą dokumentować interwencje. Uchodźcy filmowali momenty zatrzymania, transport autobusami do portów, przetrzymywanie w kontenerach, przewożenie statkami straży przybrzeżnej na morze. Wysyłali mi te filmy. To była bardzo ważna dokumentacja.
W ten sposób udało mi się udokumentować setki przypadków pushbacków. Część opublikowałem na stronie. W dłuższych sprawach publikuję zdjęcia, filmy, nagrania, geolokalizacje, wszystko, co mam. Spraw, które mogę udowodnić na 98 procent, nie publikuję, bo wiem, że jakakolwiek wątpliwość da drugiej stronie okazję, żeby podważać, krytykować, dyskredytować moją pracę.
Ile takich spraw masz, w których jesteś pewien na sto procent?
Setki. Prawdopodobnie tysiące.
W centrum całej operacji jest Twój telefon.
To, co widać publicznie, jest produktem ubocznym infolinii Aegean Boat Report, przez którą pomagam ludziom w czasie rzeczywistym, w sytuacjach zagrożenia. To jest moja praca.
Telefon działa dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Korzystają z niego ludzie w niebezpieczeństwie na morzu. Jestem wtedy pośrednikiem między nimi a służbami ratunkowymi, turecką albo grecką strażą przybrzeżną.
To ludzie w ogromnym stresie. Często słyszę: „Wolimy utonąć, niż zostać zabrani przez turecką straż i odesłani z powrotem”.
Grecka straż przybrzeżna też zasadniczo nie pomaga. Więc ja jestem pośrodku. Dokumentuję sprawę i naciskam na władze, żeby zrobiły to, co powinny zrobić.
Pamiętasz pierwszy telefon od ludzi dryfujących na morzu?
To zaczęło się na Lesbos. Dałem numer komuś, kto miał rodzinę płynącą następnego dnia. Bali się i pytali, czy możemy być na miejscu, kiedy dotrą. Powiedzieliśmy, że jesteśmy w okolicy, ale nigdy nie wiadomo, kiedy ludzie przypłyną. Dałem numer i powiedziałem, że mogą zadzwonić, kiedy dotrą. Zadzwonili. I tak to się potoczyło.
Z czasem znałem kapitanów łodzi ratunkowych, znałem załogi kutrów rybackich. Pamiętam, kiedy jedna łódź była w niebezpieczeństwie na północ od Lesbos, wysłałem lokalizację do zespołu ratunkowego w Skala Sikaminias. Potrafili wypłynąć z portu w kilka minut. Miałem lokalizację ludzi w łodzi i lokalizację łodzi ratunkowej, więc mogłem widzieć na ekranie, jak się do siebie zbliżają. W ten sposób uratowaliśmy wielu ludzi. W pewnym momencie byłe w stanie wysłać łódź ratunkową w trzy, cztery, pięć minut. To ekstremalnie krótki czas reakcji.
Numer był udostępniany dalej i dalej. Kiedyś znalazłem go na arabskiej stronie z czterdziestoma pięcioma milionami obserwujących. Z czasem zdobyłem reputację kogoś, komu można ufać i kto potrafi działać szybko, kiedy wszystko się wali.
Co dzieje się z ludźmi po pushbacku? Jak Twoja praca im pomaga?
Czasem nie pomaga. To jest trudne. Myślę, że to, co robię, nie zmieni nic dzisiaj. Kiedy „New York Times” opublikował materiał o pushbacku na Lesbos, który został sfilmowany i udokumentowany, myślałem, że to jest ten moment. A co się zmieniło? Nic. Potem była katastrofa u wybrzeży Pylos. Myśleliśmy, że teraz już naprawdę nie mogą tego kontynuować. I co się stało? Nic.
Wartość tego, co robię, widzę raczej w przyszłości niż w teraźniejszości. Teraz to jest projekt dokumentacyjny. Oczywiście na poziomie indywidualnym pomagam ludziom w drodze. Każdy, ktoś się ze mną kontaktuje, dostaje pomoc, jaką mogę dać. Ale nie zawsze udaje mi się pomóc. Wiele razy słyszałem przez telefon, jak ludzie toną. Rozmawiałem z ludźmi, kiedy ich łodzie szły na dno. Słyszałem krzyk i wiedziałem, że właśnie umierają.
To bardzo trudne sytuacje. Kiedy ludzie są w niebezpieczeństwie na wodach tureckich, chcą, żeby uratowała ich grecka straż przybrzeżna, ale to nie możliwe. Na wodach tureckich kontaktuję się z turecką strażą przybrzeżną i to ona ich podejmuje. Dla nich to dramat, bo próba nielegalnego opuszczenia kraju może grozić deportacją do kraju pochodzenia. Kiedy więc ratują ich Turcy, są na mnie źli. Ojciec szóstki dzieci powiedział mi kiedyś, że wolałby szybko utonąć, niż umierać powoli w Afganistanie, w torturach. Ale ja nie mogę siedzieć z założonymi rękami, wiedząc, że toną.
Kiedy zaczynałeś tę pracę, pushbacki były skandalem. Dziś coraz częściej mówi się o nich jak o „ochronie granic”. Co się zmieniło?
Polityka. I ludzie. W 2015 roku wyjazd do Grecji i pomaganie ludziom było postrzegane, jako objaw heroizmu, działania w dobrej sprawie. Angela Merkel mówiła, że wszyscy powinni przyjechać do Niemiec. Widzimy, jak to się skończyło. Szwecja przyjęła od stu do dwustu tysięcy osób i ma dziś poważne problemy.
Myślę, że ludzie zrozumieli, że jeśli chce się przyjmować uchodźców, trzeba mieć system, który działa. A my go nie mamy. Systemy w Niemczech nie mogły poradzić sobie z ponad milionem ludzi. Nie poradziłyby sobie nawet z jedną dziesiątą tej liczby. Sytuacja eskalowała. Przestępczość rosła, przemoc rosła, bo ludzie przyjeżdżali, potrzebowali pracy, sposobu na utrzymanie rodzin, a pomysłu na nich nie było. Nie nauczyli się języka, nie odnaleźli się w społeczeństwie, bo nie dostali narzędzi.
Co jest dla tych ludzi bardziej niebezpieczne morze czy polityka?
Morze zabija szybko. Ludzie zabijają powoli i bardziej boleśnie.
Pamiętam ludzi, którzy chcieli przeprawiać się przez morze w bardzo złą pogodę, przy niemal pewności, że utoną. Byli tak zdesperowani, że gotowi byli wsadzić dzieci i rodzinę do łodzi bez kamizelek ratunkowych i ruszyć w sztorm, żeby uniknąć deportacji, w tym przypadku do Afganistanu. To znaczy, że świadomie byli gotowi zginąć zamiast zostać odesłani. Pogoda była koszmarna. Na mapach pogody było czerwono i fioletowo. Wysokie fale, silny wiatr. Zadzwonił do mnie mężczyzna, ojciec rodziny. Chciał płynąć i prosił o pomoc. Powiedziałem mu, że nie mogę mu pomóc w przeprawie z Turcji, bo to nielegalne. Był zdecydowany popłynąć tej nocy za wszelką cenę. Powiedziałem mu wtedy, że lepiej wydałby pieniądze, które miał na przeprawę, gdyby kupił pistolet i wystarczająco dużo kul, żeby zastrzelić swoją rodzinę. To byłoby mniej bolesne niż toniecie. Powiedzenie czegoś takiego drugiemu człowiekowi jest drastyczne, ale to był jedyny sposób, bo pomóc mu zrozumieć, że właśnie zabija swoją rodzinę.
Największym problemem Europy jest dziś migracja, czy strach przed migracją?
Myślę, że jedno i drugie. Europa desperacko potrzebuje ludzi. To brzmi dziwnie, ale Norwegia, Szwecja, Dania, Finlandia i wiele innych krajów nie ma wystarczająco dużo ludzi, żeby utrzymać ważne sektory. W Norwegii wiele osób z krajów Europy Wschodniej pracuje w szpitalach, w budownictwie, przy pracach, których Norwegowie nie chcą wykonywać.
Potrzebujemy ludzi. Problem polega na tym, że chcemy „właściwych” ludzi. Norwegia przyjęła wielu Ukraińców, i słusznie. Ale nie chce przyjmować ludzi z Afganistanu czy Iranu. Dlaczego?
Kiedy Europejczycy przez to, co dzieje się na świecie sami czują zagrożenie, zaczynają patrzeć na swoje bezpieczeństwo. Są mniej gotowi pomagać. A polityka bardzo dobrze wykorzystuje te lęki. Ceny rosną, życie staje się droższe, więc łatwo zrzucić winę na migrację. Ludzie czytają gazety, słuchają polityków i myślą: „może mają rację, może to wina uchodźców”.
Język też ma znaczenie. Mówi się o „fali”, „zalewie”, „napływie”, to kojarzy się z kataklizmem.
W Grecji często używano słowa „inwazja”. Pokazywano obrazy z helikopterów i dronów: masy ludzi idących do Europy. To ludzi przeraża.
Grecja oskarżyła Cię o ułatwianie nielegalnej migracji. Co poczułeś, kiedy dowiedziałeś się o nakazie aresztowania?
Greckie władze siedzą mi na karku od 2020 roku. Prowadzili przeciwko mnie wiele dużych śledztw, które później przeciekały do prasy. Pisali o mnie tak, jakbym już został skazany, domniemanie niewinności nie istniało. Byłem podejrzewany o handel ludźmi. Oskarżano mnie nawet o współpracę z tureckimi władzami w celu destabilizacji Grecji.
Po latach człowiek się do tego przyzwyczaja. Czyta coś w greckiej prasie, mówi sobie: „okej” i nie myśli o tym wiele.
Najpierw był grecki nakaz aresztowania. Ponieważ nie mogli mnie aresztować w Grecji, uzyskali europejski nakaz aresztowania. Kiedy nakaz przyszedł, nie byłem w szoku. Wiedzieliśmy, że to nadchodzi. Wiedziałem, w co się pakuję. Wiedziałem, że chcą mnie uciszyć. Przez sześć lat grozili mi śledztwami.
Problemem nie było to, co ja publikowałem. Problemem było to, że o moich ustaleniach pisała prasa międzynarodowa. Trudno zdyskredytować „The Times”, „The Guardian”, „Le Monde” czy „Der Spiegel”. Ale łatwo zdyskredytować źródło, jeśli źródłem jest jedna osoba. A ja byłem źródłem większości dużych publikacji dotyczących pushbacków i przemocy na Morzu Egejskim w ostatnich sześciu latach. Więc uderzyli we mnie. To było celowe. Chcieli mnie zdyskredytować, żeby prasa przestała mi ufać. Ale to nie zadziałało.
Grozili też organizacjom, które ze mną współpracowały. Mówili, że jeśli będą to kontynuować, zamkną ich działalność w Grecji. Wolontariusze byli zatrzymywani na wyspach za kontakt ze mną. Przez lata na Lesbos, Samos i Chios zatrzymano około sześćdziesięciu wolontariuszy tylko dlatego, że byli ze mną w kontakcie. To oczywiście działa. Ludzie ze strachu zrywali ze mną kontakt.
Był taki moment, kiedy pomyślałeś: może powinienem przestać?
Nie. Jestem z północnej Norwegii. Jesteśmy specyficznym rodzajem ludzi. Jeśli ktoś chce, żebym przestał robić coś, co uważam za słuszne, będę się opierał jeszcze bardziej. Tak już jest. Ktoś w Norwegii powiedział mi kiedyś: „Grecy zużywają ogromne zasoby, żeby cię uciszyć. Musisz robić dobrą robotę”.
Norweski sąd uznał, że Twoja praca jest chroniona przez wolność słowa i prawa człowieka. Odebrałeś ten wyrok bardziej jako osobiste zwycięstwo czy jako sygnał ostrzegawczy dla Europy?
Oczywiście to było zwycięstwo dla mnie, bo uniknąłem greckiej „gościnności” na następne dwadzieścia, trzydzieści lat. Groziła mi długa odsiadka. Dla mnie to było zwycięstwo i dowód, że to, co robię, nie jest nielegalne.
Ale bez dwóch zdań był to też sygnał do Europy. W ostatnich latach Europa weszła na drogę kryminalizacji obrońców praw człowieka. Zamiast zająć się problemem, ściga się ludzi, którzy próbują go nazwać i zrozumieć. Norweski wyrok dał Europie bardzo jasny sygnał, że wolność wypowiedzi i prawa człowieka są ważne.
Trzeba pamiętać, że rzeczy, o które mnie oskarżono, według norweskiego sądu w ogóle nie są w Norwegii, ani żadnym kraju Europy nielegalne. Tylko w Grecji nielegalne jest podanie butelki wody niezarejestrowanemu uchodźcy. Możesz dostać za to wyrok więzienia. Jeśli dasz mu koc, bo marznie, też możesz skończyć w więzieniu. Tylko w Grecji to jest przestępstwo.
Niestety Komisja Europejska nic nie zrobiła z tymi dziwnymi greckimi przepisami. A powinna, bo one nie są zgodne z Europą.
Co było najtrudniejsze do oglądania przez te wszystkie lata?
Brak współczucia w ludziach. Wiedzą, co się dzieje, a mimo to nie reagują. Chodzimy w klapkach na oczach. Brak powiedzenia „nie”, brak powiedzenia „stop”, brak żądania odpowiedzi i odpowiedzialności, to jest dla mnie nieeuropejskie. Kiedy wiesz, że dzieje się coś złego i nic nie robisz, stajesz się współodpowiedzialny.
Jeśli spojrzysz na historię Europy w latach trzydziestych i czterdziestych, ludzie robili właściwie to samo. Wiedzieli, co robią hitlerowcy, ale udawali, że nic się nie dzieje. Nie mieli mediów społecznościowych, nie było dokumentacji rozrzuconej wszędzie, ale wiedzieli. I nikt nie reagował. Potem mówili: „Nie wiedzieliśmy. Nie mieliśmy pojęcia”.
Dzisiaj wydaje się to niemożliwe, a jednak wciąż to robimy. Prawa człowieka, które ustanowiliśmy i zawarliśmy w traktatach i konwencjach, wynikają z tego, co wydarzyło się w wtedy w Europie. Niestety pokolenie, które przeżyło tamten czas, odchodzi. Większość już nie żyje. A my powtarzamy błędy. Ruchy prawicowe, nienawiść do innych, nacjonalizm, to przerażające, jeśli znasz historię i wiesz, jak daleko ludzie są gotowi się posunąć.
Prawa człowieka to dla nas oczywistość. Zwłaszcza w Norwegii, gdzie rodziliśmy się w czepku na głowie. Mamy wygodne życie. Prawa człowieka nie są pierwszą rzeczą o jakiej myślimy, ale dewastując je dziś, możemy zrobić krzywdę naszym dzieciom. Północna Norwegia ma długą linię brzegową, zasoby, ropę. Może wszystko się zmieni. Może kiedyś nasze dzieci albo wnuki będą musiały stąd uciekać. I co wtedy? Niszczymy dziś coś, co kiedyś może ochronić nas. Mówimy o „ich prawach”. Myślimy, że to nas nie dotyczy. Że to ich problem. Ale to są nasze prawa. I w którymś momencie ich brukanie dotknie nas albo nasze dzieci.
Twoim zdaniem Europa stworzyła system, w którym przemoc wobec migrantów została po prostu zaakceptowana?
Nie. Popatrz na to inaczej. W Europie są też inne miejsca, gdzie ludzie przeprawiają się łodziami. Jest na przykład kanał La Manche. Wyobraź sobie, że brytyjski rząd albo brytyjska straż przybrzeżna zatrzymuje łodzie na morzu albo zabiera ludzi z lądu w Wielkiej Brytanii i wsadza ich na tratwy ratunkowe na kanale La Manche. Co by się stało? Rząd by upadł. Poleciałyby głowy. Dlaczego? Bo to tak nie traktujemy ludzi w Europie.
A jednak na Morzu Egejskim z jakiegoś powodu jest to akceptowane. Gdyby choć jedna tratwa ratunkowa pojawiła się z ludźmi mówiącymi, że zostali wypchnięci przez brytyjską straż przybrzeżną, byłby międzynarodowy skandal. Na Morzu Egejskim ponad trzydzieści tysięcy ludzi zostało podjętych z tratw ratunkowych w ciągu ostatnich pięciu lat. To szaleństwo.
Na Morzu Egejskim ludzie nie są rozstrzeliwani. Są topieni. Ale to jest to samo. Bardziej efektywne byłoby postawić karabin maszynowy na brzegu i strzelać do ludzi. Ludzie są celowo doprowadzani do utonięcia, kiedy próbują przekroczyć granicę i złożyć wniosek o azyl. A przecież mają do tego prawo, które sami ustanowiliśmy.
Gdyby ludzie naprawdę chcieli wiedzieć, co się dzieje, byliby przerażeni. Widok martwych, spuchniętych ciał dzieci na morzu nie jest przyjemny. To się dzieje. Tysiące ludzi zginęły na Morzu Egejskim przez lata. To rezultat „ochrony granic”, jak to nazywają.
Grecja oficjalnie wszystkiemu zaprzecza. Nigdy nie zrobiła nic złego. Nigdy nie przyznała się do winy. Nawet kiedy zostaje złapana za rękę w artykule „New York Timesa”, nie było konsekwencji. Funkcjonariusze z tych statków straży przybrzeżnej nie zostali zwolnieni. Powinni trafić do więzienia, na Boga. A oni dostają odznaczenia za dobrze wykonaną pracę.
To, co robię teraz, widocznie nie jest na teraz. Może to dokumentacja dla przyszłości. Może dopiero ludzie po nas powiedzą: wiedzieli, ale nic nie zrobili.
Co sprawia, że dalej to robisz?
To, że mogę spojrzeć sobie w lustro. Pomogłem pewnie dziesiątkom tysięcy ludzi. Innym nie udało mi się pomóc, ale próbowałem. Mogę stanąć przed lustrem i powiedzieć, że przynajmniej próbowałem.